Work Text:
Arei słuchała, co Teruko miała jej do powiedzenia. A raczej – wrzeszczenia. Nie docierało zbyt długo do niej, co się działo. Po prostu stała zszokowana, bo nikt nigdy wcześniej nie podniósł na nią w ten sposób głosu.
Pierwszy raz w życiu czuła, że udawanie łez nie zadziałałoby na drugą stronę.
Choć Teruko była względem niej agresywna, to nie powiedziała nic, co miałoby zakończyć się przemocą fizyczną. Teruko nie powiedziała czegokolwiek, co wyrażałoby pogardę.
Zrozumienie, że inni mieli dosyć jej okrutnego zachowania nie przychodziło jej nawet na myśl – bo przecież była nauczona przez życie z okropnymi siostrami, że tylko będąc okrutnym mogła przetrwać.
— Arei, do cholery! Czy ty mnie w ogóle słuchasz? — Teruko krzyknęła, łapiąc ją za ramiona. Nie miała przy tym zamiaru nic jej zrobić poza zmuszeniem do przemyślenia swojego nastawienia.
A Arei nie była w stanie zarejestrować ani jednego słowa wypowiedzianego w jej stronę. Jedynie stała w bezruchu, zszokowana wybuchem Teruko.
— Teruko, proszę, uspokój się — David się wreszcie odezwał, próbując załagodzić sytuację. Dopiero jego spokojny, choć nieco niepewny głos, ostudził Teruko i przywrócił Arei do rzeczywistości.
Teruko miała zamiar coś do niego powiedzieć, coś zdecydowane niemiłego, jednak Arei ją powstrzymała ciągnąc do pocałunku.
Obie mogły tylko usłyszeć stuknięcie obcasów o podłogę placu zabaw, kiedy David zdecydował się oddalić by im „nie przeszkadzać.”
Arei w końcu się oderwała od ust Teruko, ale nie odsunęła się – zamiast tego, objęła ją za szyję.
— Jesteśmy takie same, Teruko. Byłybyśmy udaną parą.
